Menu
A PL EN
Kup Bilet

Wystawa czasowa "W domu, w lesie, w celi… Polskie wigilie 1939-1956" 23 grudnia 2025 r. – 2 lutego 2026 r.

Wystawa czasowa „W domu, w lesie, w celi… Polskie wigilie 1939-1956” to poruszająca opowieść o Bożym Narodzeniu przeżywanym w cieniu niemieckiej i sowieckiej okupacji – w domach, leśnych kryjówkach i więziennych celach.

Wystawa ma formę instalacji. Jest zaproszeniem do spotkania z polskimi indywidualnymi losami z lat 1939-1956, pamięcią i wyobraźnią. Ekspozycja skłania do zatrzymania się w codziennym biegu i refleksji nad tym, jak losy poszczególnych jednostek stanowiły emanację losu całego Narodu.

Polscy w latach 1939-1956 obchodzili Wigilię w bardzo zróżnicowanych warunkach. Niekiedy atmosfera podczas śpiewania „Cichej nocy” była radosna, pogodna i pełna nadziei na rychłe odrodzenie Polski. Innym razem, wśród łamiących się opłatkiem, obecna była świadomość, że były to prawdopodobnie ich ostatnie święta.

W domu…

Po wrześniu 1939 r. życie Polaków zostało podporządkowane niemieckiemu terrorowi. Codziennością stały się łapanki, wysiedlenia, wywózki na roboty przymusowe, rozstrzeliwania, głód i stały strach.

Zimą warunki były szczególnie ciężkie – brak opału, reglamentacja żywności oraz surowa pogoda sprawiały, że walka o przetrwanie stawała się jeszcze trudniejsza. W takich realiach Wigilia nie była radosnym, dostatnim świętem, jak przed wojną, lecz skromnym, często cichym wieczorem, przeżywanym w cieniu okupacyjnej grozy.

Przygotowania do Wigilii zaczynały się zazwyczaj z dużym wyprzedzeniem, mimo że możliwości były bardzo ograniczone. Każdy kawałek chleba, każda garść kaszy czy ziemniaków miały wielką wartość.

Oficjalne kartki żywnościowe nie wystarczały na wyżywienie rodziny, dlatego ratunkiem stawał się czarny rynek, wymiana towarów, pomoc sąsiadów czy krewnych. Wiele potraw znanych z tradycyjnej wigilijnej wieczerzy znikało ze stołów – karp był rarytasem, mąka luksusem, cukier niemal nieosiągalny.

Barszcz bywał cienki, z kilku buraków, a pierogi nadziewano kartoflami zamiast kapustą i grzybami. Mak zamieniano na kaszę, a lepszy gatunek ryby często zastępował kawałek śledzia kupionego za ostatnie oszczędności.

Mimo biedy i głodu starano się zachować choć część dawnych zwyczajów. W wielu domach pod biały obrus wkładano siano – symbol narodzin Chrystusa, ale także skromności.

Dzielono się opłatkiem, często przechowywanym od wielu tygodni jak największy skarb. Łamiąc go, ludzie życzyli sobie przede wszystkim jednego – doczekać końca wojny i ponownego spotkania z bliskimi.

Puste miejsce przy stole nabierało w okupacyjnej rzeczywistości wyjątkowego, bolesnego znaczenia. Symbolizowało nie tylko wędrowca czy ubogiego, lecz także tych, którzy zginęli, zostali wywiezieni do obozów, trafili na Sybir, walczyli w podziemiu lub ukrywali się przed Niemcami.

Dla dzieci Wigilia była często jedyną chwilą w roku, kiedy na moment znikało widmo wojny. Rodzice, mimo skrajnego zmęczenia i strachu, starali się stworzyć choć odrobinę świątecznej atmosfery.

Improwizowane choinki robiono z kilku gałązek świerku, czasem tylko przystrajano ścianę zielonymi gałązkami. Ozdoby powstawały z papieru, słomy, wydmuszek, szmatek czy resztek kolorowych opakowań.

Dzieci dostawały drobne prezenty – rękawiczki zrobione ze starych swetrów, własnoręcznie wyrzeźbione zabawki, kawałek czekolady zdobyty ogromnym wysiłkiem. Te drobiazgi miały wartość nieporównywalnie większą niż najdroższe przedwojenne podarki.

W lesie…

Pierwszą partyzancką Wigilię świętowano już w 1939 r. Trzy miesiące po klęsce Wojska Polskiego na terenach okupowanych przez Niemców i Sowietów wciąż walczył Oddział Wydzielony Wojska Polskiego mjr. Henryka Dobrzańskiego „Hubala”, operujący na pograniczu Kielecczyzny i Radomszczyzny.

W drugiej połowie grudnia 1939 r. liczył on zaledwie kilkunastu żołnierzy, lecz mimo to „hubalczycy” nosili przedwojenne, nienaganne mundury i swoją obecnością podtrzymywali na duchu okoliczną ludność. Wśród Polaków panowała wówczas wiara, że niepodległość powróci wraz z wiosenną ofensywą aliantów. Popularne było powiedzenie: „Im słoneczko wyżej, tym Sikorski bliżej”.

Nadzieję na przełomowe wydarzenia militarne w nadchodzącym roku żywił również „Hubal” wraz ze swoimi podkomendnymi. Dlatego Wigilię 1939 r. spędzali w stosunkowo radosnym nastroju.

Świąteczną wieczerzę zorganizowano jednak już 23 grudnia. Choć dziś może to zaskakiwać, wytłumaczenie jest proste: w tamtym roku 24 grudnia wypadał w niedzielę, a zgodnie z ówczesnym zwyczajem w takim przypadku Wigilię obchodzono dzień wcześniej:

Cóż to była za Wigilia!!! [pisali „hubalczycy zgromadzeni tego dnia w leśniczówce w Bielawach] Jedni z bardzo nielicznych Polaków święciliśmy ją wolni i niepodlegli, zadnej okupacyjnej władzy i ten kawałek Ziemi Polskiej, na którym ją święciliśmy, był skrawkiem Państwa Polskiego w całym tych dwóch wyrazów, tak drogich dla nas, znaczeniu. Dużo nas tu nie było, ale jakże dobrane towarzystwo […]

Było nam osobliwie dobrze na tej Wigilii, jedynej takiej w życiu, niezapomnianej, dobrze z naszym dowódcą, ze sobą w tej naszej zwartej, zżytej tak mocno, serdecznie, żołnierskiej gromadzie.

W celi

Święta Bożego Narodzenia w komunistycznych kazamatach z lat 1945-1956 były czasem szczególnie trudnym, naznaczonym tęsknotą, cierpieniem, upokorzeniem. W trakcie ich trwania wobec osadzonych często nasilano terror, przesłuchania, wszelkiego rodzaju inne szykany.

Okres ten był jednocześnie momentem, w którym przetrzymywani manifestowali swoją niezłomność, wiarę, wzajemne wsparcie. Mimo surowych zakazów starali się potajemnie organizować w celach namiastkę Wigilii.

Dzielili się opłatkiem (którego rolę pełnił najczęściej symboliczny kawałek chleba), modlili się, śpiewali półgłosem kolędy – obok świadectwa wiary stanowiło to formę oporu i podkreślenia przywiązania do własnych zasad oraz wartości.

Gesty te miały ogromne moralne znaczenie – zastępowały rodzinne rytuały, podtrzymywały wiarę w człowieczeństwo. Osadzeni pielęgnowali również w ten sposób wzajemne więzi, wspierali się psychicznie i duchowo.

Obecność osób dzielących ten sam los pomagała przetrwać najtrudniejsze chwile. Czas Bożego Narodzenia stawał się jednocześnie okresem pogłębionej refleksji nad własnym losem i losem Ojczyzny. 


Mokotowska kolęda 

Hej kolęda, kolęda, Betlejem kolęda

Jasna łuna z nieba

Hej kolęda, kolęda, Mokotów kolęda

Kęs czarnego chleba

 

Między nas Pan Jezus wszedł

Na więziennym stołku siadł

Między nas Pan Jezus wszedł

I chleb czarny z nami jadł

 

Hej kolęda, kolęda, Betlejem kolęda

Aniołowie, pasterze

Hej kolęda, kolęda, Mokotów kolęda

Ciemna noc w karcerze.

 

Między nas Pan Jezus wszedł

Na koszuli numer szył

Między nas Pan Jezus wszedł

I w karcerze z nami był.

 

Hej kolęda, kolęda, Betlejem kolęda

Królów hołdowanie

Hej kolęda, kolęda, Mokotów kolęda

O wolność wołanie.

 

Między nas Pan Jezus wszedł

Skinie rączką swą Bożą

Między nas Pan Jezus wszedł

Wszystkie drzwi się otworzą…

 

Kolęda napisana na melodię „Oj Maluśki” przez poetę Jana Golkę (1918-1973) „Klemensa”

(żołnierza Narodowych Sił Zbrojnych i Narodowego Zjednoczenia Wojskowego)

w więzieniu mokotowskim, 1948 r.


W więzieniu na Ratuszowej [tzw. Toledo, Więzienie Karno-Śledcze nr 3 w Warszawie] w 1951 r. były maleńkie cele, a w każdej po 12 osób. Pamiętam głód i brud. Jedną pajdkę chleba zachowaliśmy specjalnie na wigilię.

Ten kawałek chleba podzieliliśmy na 12 malutkich części. Strażników na czas Bożego Narodzenia było znacznie więcej. Czegoś musieli się bać… Więźniowie składali sobie życzenia. Ale co to mogły być za życzenia, gdy wielu z nas czekało na egzekucję…

Pukaliśmy też w ściany do naszych sąsiadów w niewoli. W naszej celi miałem najłagodniejszy wyrok – 15 lat więzienia. Czego sobie wtedy życzyliśmy? Aby wyjść na wolność. Myślałem sobie wtedy, że wyjdę z więzienia w wieku 50 lat i wiedziałem, że koledzy z celi mogli tylko o takim scenariuszu pomarzyć. Nie wolno nam było śpiewać kolęd, więc śpiewaliśmy szeptem.

Gdyby kogoś złapali na śpiewaniu, to dostałby za to co najmniej dwa dni głodówki. Prezentów oczywiście być nie mogło. Modliliśmy się. W celi byli żołnierze od „Łupaszki”, był profesor z Delegatury Rządu na Kraj, pilot z Anglii, żołnierze z okolic Ciechanowa, Sierpca… 

Henryk Kończykowski (1924-2016) „Halicz”, żołnierz Batalionu „Zośka”

(wspomnienie „Halicza” z wywiadu przeprowadzonego w 2014 r.

przez Jarosława Wróblewskiego dla portalu „Niezależna”)


Nadeszła wreszcie tak oczekiwana wigilia [1948 r.]. Dla przytłaczającej większości Polaków dzień szczególny, jedyny dzień w roku. Dla nas, w 13-tej celi był to dzień jak co dzień. O 6-tej rano pobudka. Zgrzyt klucza, szczęk otwieranych drzwi, bieg po ułożone w kostkę i wystawione na noc na korytarz ubranie oraz buty.

Mycie nad kiblem. Normalne przesłuchania, z normalnym biciem i innymi szykanami. A menu – też jak co dzień: na śniadanie litr lury zwanej kawą (oczywiście zbożówka), porcja czarnego, gliniastego chleba; obiad – litr buraczano-brukwiowej zupy, kraszonej olejem, bądź dorszami ze łbami i wnętrznościami, na kolację – pół litra wodnistej zupki i o połowę mniejsza niż rano porcja kawy.

I zupka, i kawa tego wigilijnego dnia były takie same jak zawsze, ale my jedliśmy je inaczej niż zwykle. Ledwo zamknęły się drzwi za wydającymi kolację, Piecia stanął na środku celi i zawołał niemal donośnym głosem: „Proszę do opłatka!”. Postawiliśmy swoje zupki, gdzie kto stał, na podłodze i otoczyliśmy Piotrusia.

On zaś wyciągnął ręce z cienkimi czarnymi placuszkami. Właśnie na ten cel zbierał parę dni wcześniej miękisz. Razem z Józkiem Batorym [członek IV Zarządu Głównego Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”, stracony 1 marca 1951 r.] ugniatali ów chleb i przygotowali wcale zgrabne opłatki.

Ze wzruszeniem łamaliśmy się tym czarnym opłatkiem i składali sobie życzenia, oczywiście wolności… Jakoś zapomnieliśmy o naszej zupce. Usiedliśmy ciasno pod ścianą i ktoś zanucił kolędę... „Bóg się rodzi, moc truchleje...”. Staraliśmy się śpiewać jak najciszej, żeby nie sprowokować oddziałowego.

Nie chcieliśmy, aby nam tę naszą wigilię zakłócił ordynarnymi wyzwiskami. Mimo to nasz śpiew rósł, potężniał. Do porządku przywołało nas stukanie w drzwi. To oddziałowy, ale stukał dziwnie delikatnie, nie otworzył też drzwi i nie wrzasnął: „ciszej do cholery!” Widocznie i jemu udzielił się wigilijny nastrój. Niemniej przestaliśmy śpiewać. Zaczęły się za to wspomnienia i rozmowy.

Stanisław Krupa (1922-2015) „Nita”, żołnierz batalionu „Zośka”

(S. Krupa, X Pawilon. Wspomnienia AK-owca ze śledztwa na Rakowieckiej, Warszawa 1989)


Siedziałem wtedy w więzieniu Toledo [Więzienie Karno-Śledcze nr 3 w Warszawie] na oddziale I w celi nr 6 czekając na rozprawę swojej grupy. W celi było nas pięciu więźniów z organizacji konspiracyjnych i jeden żołnierz LWP aresztowany za opowiedzenie jakiegoś kawału politycznego.

Po tak zwanym obiedzie (przyniesiona w kotle przez „fajfusów” polewka), dostaliśmy cynk przez ścianę, żeby z kolacji zatrzymać kromkę chleba i traktując go jako Opłatek złożyć sobie życzenia po apelu wieczornym. Do mnie zwrócono się dodatkowo z prośbą, żebym przez otwarte okno zaśpiewał kolędę.

Okno mieliśmy wychodzące do wewnątrz czworokąta budynków więziennych na tak zwane „spacerniaki”. Wcześniej już wielokrotnie śpiewałem przez otwarte okno piosenki więzienne układane przez więźniów. Na kolację dostaliśmy kawę zbożową, a z wypisek mieliśmy bułki i coś do smarowania (margarynę, smalec, marmoladę).

Wszystkim dzieliliśmy się z kolegami w celi. Jak zapanowała na oddziale cisza, zmówiliśmy wspólnie modlitwę i podzieliliśmy się chlebem składając sobie życzenia jak najszybszego wyjścia. Niektórzy mieli łzy w oczach, a żołnierz jeszcze w mundurze, nieprzebrany w więzienne łachy rozkleił się wybuchając głośnym płaczem.

Próbowaliśmy go uspokajać i pocieszać. Więźniowie z innych cel zaczęli się domagać śpiewu: przez otwarte okna na dziedziniec wołali – Kocie śpiewaj. Poprosiłem wtedy, żeby koledzy z celi zakryli judasza i pilnowali, czy nie nadchodzi oddziałowy, żeby mnie w porę ostrzec. Sam wspiąłem się po piętrowej metalowej pryczy do okna wysoko umieszczonego pod sufitem.

Otworzyłem okno i trzymając się krat, jedną nogą opierając się o poprzeczkę pryczy, zobaczyłem rozgwieżdżone niebo. Uderzyło mnie w twarz mroźne powietrze i zacząłem nietypowy koncert kolęd. Zaśpiewałem pierwszą: „Gdy się Chrystus rodzi”. Głos w mroźnym powietrzu i w ciszy rozchodził się i był słyszalny w celi kary śmierci na V oddziale.

Stamtąd rozległy się brawa i w innych celach rozległy się śpiewy. Podczas trzeciej kolędy po pierwszych słowach „Bóg się rodzi, moc truchleje” bezszelestnie otworzyły się drzwi do celi i usłyszałem ryk naczelnika więzienia – Zdjąć z okna tego słowika! Zanim dopadli mnie strażnicy, sam szybko zeskoczyłem na betonową podłogę.

Wyprowadzono mnie do karceru na 24 godziny bez jedzenia i picia. Przed wejściem do nieogrzewanego „karca” kazano mi rozebrać się do naga. I tak się zakończyła moja pierwsza wigilia w więzieniu.

Ryszard Jakubowski „Kot” (ur. 1930), harcmistrz i współtwórca

niepodległościowej organizacji harcerskiej Podziemna Organizacja ZHP „Orlęta”

(Moja Wigilia w Toledo. 24 grudnia 1952, pełny tekst wspomnienia znajduje się na stronie internetowej prowadzonej przez Ryszarda Jakubowskiego i jego rodzinę: www.konspiracjaharcerska.pl)


Ustaliłyśmy, że musimy mieć szopkę! Ale jak? Z czego? Co my tu mamy w celi, z czego można by coś zmajstrować? Nic! No co? Sienniki z pokruszoną słomą? A jednak! To sienniki nasunęły nam myśl: spomiędzy lichej tkaniny wysuwały się wiecznie kłujące nas kłoski. Zbieramy kłoski! Co dalej?

Mamy brzozową miotłę, wyciągamy kilka patyczków, z których budujemy zrąb naszej szopki: cztery pionowe, dwa tylne dłuższe, dwa przednie krótsze, do nich przywiązujemy nitkami z siennika po trzy patyczki tworzące ścianki boczne i tylną, kilka na dach. Te na dachu oblepiamy wyrobionym miękiszem z chleba, w który wtykamy równiutko kłoski, jeden przy drugim.

Powstaje maleńka strzecha i już jest śliczna szopeczka. Któraś z dziewczyn ma zdolności plastyczne i lepi z chleba postacie Matki Boskiej, świętego Józefa, maleńki żłobek z Dzieciątkiem, a nawet osiołka, owcę i krówkę. Brak tylko oświetlenia, świeczek. I na to znalazła się rada — w paczkach były orzechy włoskie: dwie łupinki wypełnione smalcem, jakiś knotek z nici i są dwa maleńkie znicze! To naprawdę było śliczne!

Szopka ta stała na taborecie za stołem, wszystkie oglądałyśmy ją bez końca i z radością. Liczyłyśmy, że w czasie świąt [1948 r.] nie będzie rewizji i jakoś uda nam się choć kilka dni ją utrzymać. Wigilia, wiadomo, cóż po smaczniejszym jedzeniu, kiedy tyle było smutku, tęsknoty, niepewności losu.

Ale dla pocieszenia wystawiłyśmy po zmroku naszą szopeczkę na stół, zapaliłyśmy światełka i cichutko śpiewałyśmy kolędy. W gmachu była cisza, na naszym oddziale ani szelestu, chwila wytchnienia, jakże, niestety, złudna.

Brzęk kluczy, otwieranej sztaby, któraś szybko stawia naszą szopeczkę na taboret pod stół, wchodzi oddziałowa. Żal – nie będzie szopki, będą jakieś wrzaski i kary. Stoimy milcząc, oddziałowa mówi: „Pokażcie, co tam macie!”.

Nie ma co udawać, kłamać, wystawiamy szopeczkę na stół. Niezgaszone świeczki migocą, oddziałowa przygląda się w milczeniu, ogląda szopkę dokładnie i mówi, a my nie wierzymy własnym uszom: „No, zostawcie to sobie na święta, ale po świętach wystawicie tę szopkę na korytarz”. I tyle, poszła, drzwi zamknęła, a my stałyśmy oniemiałe.

To ta sama oddziałowa, która wrzeszczała o byle co, potrafiła wymieszać nam cukier z paczek z tytoniem, tu niespodziewanie taki ludzki odruch: nie zrzuciła tej szopki na ziemię, nie połamała, nie podeptała - ona się zwyczajnie, po ludzku, wzruszyła.

A szopkę, wedle rozkazu, wystawiłyśmy ostrożnie po dwóch dniach świąt na korytarz, w czasie wystawiania kibli i pobierania wody. Pewnie oddziałowa zabrała ją do domu, bo to naprawdę była ładna szopka, a oddziałowa – zdumiewające – była też człowiekiem.

Ewa Ludkiewicz (1923-2015), harcerka Szarych Szeregów,

więziona na warszawskim Mokotowie i bydgoskim Fordonie

(E. Ludkiewicz, Siedem lat w więzieniu 1948-1955, Gdańsk 2005)


Boże Narodzenie [19]50 r. Zrobiliśmy choinkę, śpiewali kolędy – w ukryciu, bo głośno modlić się nie wolno. Z wigilią, żłóbkiem, opłatkiem, drzewkiem – wiążą się najpiękniejsze przeżycia, najszlachetniejsze myśli i najgłębsze wzruszenia. Staram się myślami oderwać od wspomnień, ale to niemożliwe.

Wciąż widzę puste miejsce przy stole, zachwyt i radość Andrzejka przy drzewku zmieszany z Twoim bólem. […] Widzę cierpienia najbliższych i tragiczną dolę kochanej ojczyzny. Polska w niewoli jęczy we łzach […] Może nie przełamię już z Wami opłatka. Ogarnia mnie boleść wielka jak cierpienia matek i długa jak tułacza dola sierot.

Krzyż swój składam Nowonarodzonemu. Pytam – czy ofiary nasze nie pójdą na marne, czy niespełnione sny powstaną z mogił, czy Andrzejek będzie kontynuował idee ojca? Wierzę – nie pójdą, sny wstaną, syn zastąpi ojca, ojczyzna niepodległość odzyska.[…]

Gryps Łukasza Cieplińskiego (1913-1951) „Pługa” napisany do żony Jadwigi

z celi śmierci w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.

W treści grypsu jest przywołany syn „Pługa” – Andrzej

(E. Jakimek-Zapart, Sny wstaną… Grypsy Łukasza Cieplińskiego z celi śmierci, Warszawa 2020)


Kurator wystawy: Sylwia Tryc, wicedyrektor Muzeum Żołnierzy Wyklętych.

dr Paweł Krzysztof Ślaza

Zdjęcia